sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 2

 Wiesz... Ja naprawdę potrzebuję towarzystwa.

 Pewnie musiałabym się obudzić. Pewnie ktoś się o mnie boi. Pewnie mama i tata siedzą nade mną. Niepewnie otworzyłam oczy i zamrugałam, jednak nie zauważyłam nikogo. Po prostu leżałam w swoim nowym pokoju, a to, co zdarzyło się wieczorem wydawało mi się zwykłym snem. Ale przecież czułam ten pulsujący ból z tyłu czaszki.
 Skrzywiłam się, wstając powoli. Chwiejny krok skierowałam do drzwi, by wyjść i przedostać się do jedynej - wspólna łazienka, o zgrozo! - łazienki, która była w budynku i po prostu zatopić twarz w umywalce pełnej wody. To zawsze wyciszało wszystko wokół i dawało poczucie bezpieczeństwa. Słysząc jakże przeraźliwy krzyk mamy, wynurzyłam się z 'kąpieli'.
-Co?- Zapytałam niczym gbur, mrużąc oczy i wycierając podłogę z wody.
-Zgłupiałaś?! Mogłaś się utopić i co wtedy?!- Krzyczała nade mną, podczas gdy ja wytykałam jej język w duszy.
-Spokojnie, mamo, zawsze tak robię. Tak właściwie, masz coś na głowę?- Wyrzuciłam szybko, a mama chyba się zdziwiła moją gadatliwością, bo bez słowa pokręciła głową.
Zapadła cisza, tak ciężka i wrednie wdzierająca się do zakamarków umysłu. Nagle przypomniałam sobie o czymś.
-Mamo. Czy ktoś przyniósł mnie w nocy do domu?- Zapytałam w końcu, patrząc na odbicie w lustrze. Skłamałabym, mówiąc, że nie jestem ładna. Ale uroku odejmowała wredota, która czaiła się w czarnych oczach.
-Nie. Czemu pytasz? Wychodziłaś gdzieś w ogóle?
Tak myślałam.
-Tak, przeszłam się kawałek. Nawet nie pamiętam, kiedy wróciłam.- Mruknęłam, kończąc temat. 
-A, Vidmo. Pójdziesz dzisiaj do sklepu, okej? Znaleźliśmy z tatą rower, więc możesz pojechać. Chyba jeszcze działa.
***
   Nie było sensu się kłócić. W pół godziny byłam gotowa do wyjścia. Uzbrojona w telefon i słuchawki, listę zakupów oraz oczywiście stary rower górski, odetchnęłam. Za dnia wszystko wygląda inaczej, dlatego obawiam się, że nagle stracę czujność i po prostu będę się cieszyć. Nie chcę się cieszyć z pobytu tutaj. Nie chcę. 
Westchnęłam, wsiadając na rower. Miałam podobny, tylko trochę nowszy, zwykle jeździłam wszędzie właśnie na tym dwuśladzie. Nie jestem maniaczką zdrowego trybu życia, no ale o środowisko dbać trzeba! Samochody to śmiecie, tyle!
Ruszyłam w dół ulicy, a muzyka z pewnością rozbrzmiewała również po cichej okolicy. Zamknęłam na moment oczy, by wczuć się w metalowe brzmienie. Przez te 30 sekund zdążyłam na kogoś wpaść, co przyjęłam z irytacją. Otworzyłam szybko oczy i spojrzałam na ofiarę moich niszczycielskich mocy.
Dziewczyna była super niska i super ładna, z dużymi piersiami, szczupłą sylwetką i twarzą w kształcie serca. Miała duże, błękitne oczy, które teraz obserwowały mnie z... Przepraszającym wyrazem?!
-Przepraszam. Nic ci się nie stało?- Zapytała. 
Przez chwilę po prostu stałam, trzymając rower i patrząc na nią ze zdziwieniem. Jednak zaraz przybrałam zwykły, zimny wyraz twarzy.
-Jasne. Uważaj, gdzie leziesz.- Warknęłam głośno, mijając tamtą. Czułam jej wzrok na swoich plecach, gdy odjeżdżałam. I wtedy zauważyłam kątem oka ruch. Szare włosy. Czarne ciuchy. Wpatrzone we mnie lodowate spojrzenie brązowych oczu. Gdyby nie to, że myślałam, iż mam przywidzenia, pewnie bym się zatrzymała. Ale muszę być taką olewaczką. 
***
Nienawidzę supermarketów. Nienawidzę tych rzędów półek z nigdy-nie-kończącą-się-żywnością. Nienawidzę koszyków na tą nigdy-nie-kończącą-się-żywność. Nienawidzę kas. Nienawidzę ekspedientek. I cholernie przystojnych facetów, którzy zawsze wyrastają ci przed nosem. I śmieją się z ciebie.
-Heeeej, rudzielcu, to ty wczoraj dostałaś w łeb?- Zaśmiał się właśnie taki przystojniak, podczas gdy ja po prostu wyczytywałam z listy, co mam kupić. 
Zgrzytając zębami, wybrałam małe opakowanie chipsów, dla siebie, bo zawsze byłam łakomczuchem. Stanęłam w końcu na końcu sporej kolejki do kasy, przypatrując się - zupełnie nierozważnie - paczce prezerwatyw. Dopiero, gdy usłyszałam śmiech tuż obok siebie, odwróciłam wzrok i warknęłam do siebie, widząc tego samego faceta, który niedawno nabijał się ze mnie. 
-Co cię tak śmieszy, śmieciu? Nigdy nie widziałeś gumek?- Zapytałam głośno z ironią, mrużąc oczy. 
Tamten zamilkł, jakby rażony piorunem i spojrzał na moją skromną postać jak na widok śliniącej się brzyduli. Parsknęłam.
-No jasne. Przecież widać, że brak ci męskiej części ciała.- Wiem. Nagrabiłam sobie kłopotów. Ale jaka była jego mina! Chciało mi się śmiać, jednak jedynie zabrałam swoje zakupy, zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Przewiesiłam torbę na kierownicy roweru i wsiadłam na niego. 
Już miałam ruszać, gdy drogę zablokował mi ten idiota.
-Suń się.- Mruknęłam, zachowując bezinteresowny wyraz twarzy.
-Nie. Najpierw przeproś.
-Za co?
-Nie udawaj głupiej. Przed chwilą ze mnie szydziłaś.
-Przed chwilą ze mnie się śmiałeś.- Sparodiowałam, energicznie ruszając naprzód i przy okazji uderzając go w goleń cholernie twardym kołem. Tamten podskoczył i chyba się wkurzył, bo rzucił się na mnie. 
-Ty kurwo.- Zasyczał, przewalając mnie na podłogę. Co z tego, że ludzie chodzili w te i we wte, nikt nie spostrzegł, że maltretują biedną dziewczynę! Cholerni ludzie. Ich też nienawidzę!
Już miał mnie udusić, gdy jakaś dziwna siła podniosła go ze mnie i postawiła na nogi. Ze zdziwieniem zauważyłam szare włosy i... To wszystko. Dalej zastałam już tylko ciemność.
***
Fuck yeah. Po dłuuuuuuuuugim czasie dodałam drugi rozdział. Geez, jakie to krótkie ;C I wgl. nie podoba mi się, ale jest, nee? Dobra, ludzie, jeśli ktokolwiek to czyta, niech komentuje. Nawet, jeśli to będzie tylko krytyka. No. Cieszcie się, ludzie! Sayoo~

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozdział 1

Wiesz... Boję się.

Białe kropki tapety odznaczały się w czarnych ścianach - niestety, nie udało mi się zachować monotonnego koloru na meblach czy dodatkach. Przynajmniej garstka zdjęć w szmaragdowych oprawach była w neutralnej barwie szarości. Orzechowe łóżko i szafa stały równolegle do siebie, zaś biurko ustawione zostało po niewielkim oknem przyprawionym ciężką firaną. Kochałam ten pokój. Kochałam.
Jednak wszystko się zmieniło. Rodzice postanowili zacząć życie od nowa, wyjechać, zostawić Ukrainę i wszelkie troski za sobą. A ja kochałam wszystko w tym państwie. Musiałam złamać swoje serce. Nie po raz pierwszy zresztą, przecież było kilku chłopaków, którym udało się mnie nabrać na prawdziwą miłość. Ona już nie istnieje. Tyle wiem.
Ześlizgnąwszy się z wypłowiałej, jasnozielonej kapy łóżka udałam, że nie słyszę przeraźliwego krzyku budzika, równie starego co pościel. Żachnęłam się tylko w kierunku skrzypiących desek, wlecząc chwiejnie ku łazience. Przy okazji zebrałam przygotowane już poprzedniego dnia ubrania i bieliznę, by móc przygotować się na rychły wyjazd. Z pewnością wyjedziemy lada chwila.
W toalecie zerwałam z siebie piżamową koszulkę, mrużąc przy okazji czarne tęczówki, zdające się nie mieć dna. Trudno było z nimi wytrzymać, ale cóż. Tudzież spodnie wylądowały na podłodze. Ubrawszy się, umywszy, ruszyłam w dół, po stromych i budzących zmarłych schodach, nie patrząc nigdzie, jak przed siebie, tym samym co na co dzień pustym wzrokiem. Nie miałam sił udawać, że nic ze mną nie jest. To takie irytujące. Przysiadłam się do stołu, nie zważając na podekscytowaną matkę czy potakującego jej ojca - zaczęłam jeść, nawet nie wiedząc, co bezinteresownie przeżuwam. To tylko jedzenie.
-Vidmo, co taka niemrawa? Przecież jest pięknie!- Oparta palcami o biodra, z nożem w ręku, wyglądała bardzo... Intrygująco. Zwróciłam w jej stronę twarz.
-Wiesz dobrze, jak nie lubię wyjeżdżać.- Mruknęłam, gasząc natychmiast matczyny humor.
Tato spojrzał na mnie surowo, marszcząc czoło. To też zignorowałam.
-Droga panno, proszę okazać matce szacunek, a nie burczeć niezrozumiale pod nosem. W tej chwili odpowiedź, jak należy.- Zagrzmiał ponad blatem okrągłego stołu, a kilka kropelek jego śliny ominęło mnie zaledwie kilka milimetrów.
-Nie, nie jest pięknie, mamusiu.- Skoro chcą, jak należy, proszę. Mój nieco niski głos odbił się od sufitu, upadł na podłogę i w końcu wylądował w uszach rozmówców. Udało mi się przełknąć parzącą herbatę, po czym wstałam, kładąc naczynia do zlewu. -Proszę, mamusiu, pozmywaj, gdyż muszę jeszcze coś załatwić.
Z tymi słowy opuściłam dom. Nie miałam najmniejszej ochoty wdawać się w kłótnię, która zaraz powinna wybuchnąć. Aż tak trudno było zauważyć, że tak naprawdę z chęcią zostawiłabym ich na pastwę losu, a sama uciekła, choćby pod most? Westchnęłam, przymykając za sobą furtkę. Przede mną mignął deskorolkarz, chłopak o szarych włosach i rozpiętej kurtce. Warknęłam, prowadząc krok do ulubionego lasku, nieopodal domu. Na komórkowym zegarku wybiła siódma. I oto z poszczególnych budynków wybiegły dzieci i młodzieży, pędząc z torbami i plecakami do szkół. A ja najspokojniej w świecie szłam w zupełnie innym kierunku, nie dbając o delikatne fale włosów czy wzrok błądzący od postaci do postaci. Jestem jak najbardziej sobą, gdy ludzie mnie pchają, zaś ciało reaguje skurczami mięśni. Czuję się prawdziwym odludkiem.
Weszłam w głąb cisnących się zewsząd sosnowych konarów i westchnęłam, ciągnąc w płuca delikatną woń ziemi. Niewielki, wręcz nijaki uśmiech wkradł się w kąciki warg, unosząc je i uchylając. Zaśmiałam się cicho, choć ponad moją głową w niebo wzbiły się ptaki. Co, dziwne, zadarłszy łeb, zauważyłam nie zwykłe gołębie a białe, duże kruki o czerwonych ślepiach. Szczerze zdziwiona tak rzadkim gatunkiem, wpatrywałam się dłuższą chwilę w albinoskie punkty, by w końcu ruszyć z powrotem. Przecież już za chwilę wyjedziemy z tych cudownych miejsc.
***
Czarodziejska chwila snu trwała tak krótko co czas jednej piosenki. Z ciemności i kochanej muzyki wyrwał mnie głos mamy, oznajmujący koniec podróży, dłużącej się w nieskończoność. Ziewnęłam szeroko i wyciągnęłam w górę ręce. Jako że dach był nisko, zresztą ramiona miałam długie, przejechałam kostkami palców i wierzchem obydwu dłoni po szorstkim materiale.
-Ale późno. Nie obudzimy nikogo?- Mruknęłam, by nie wyjść na egoistkę, którą i bez tego byłam.
-Nie, spokojnie. Nie będziemy się jeszcze wypakowywać, zrobimy to rano.- Oznajmił wręcz sam uśmiech ojca, wysiadającego zgrabnie mimo upływu lat. Po wygramoleniu się z tylnych siedzeń auta, raz jeszcze przeciągnęłam cała i rozejrzałam wokół.
Niewielkie osiedle składało się z zaledwie jednej ulicy głównej i około ośmiu, może dziesięciu budynków - co mi właściwie odpowiadało bardzo. Nad niskimi żywopłotami rozciągały się różnorodne ogródki, a za nimi widać było resztę miasteczka. Nasz dom domagał się remontu, płaty tynku odpadały powoli od ścian, zaś dach stracił kilka dachówek. Pewnie w środku było pełno pająków, ich sieci i kurzu.
Westchnęłam na myśl o tym wszystkim. Jednak powlokłam się za rodzicami triumfalnie trzymającymi za ręce jak para bachorów. Weszliśmy razem do środka i owionął nas niemalże od razu smród stęchlizny i zgliszcza woni pergaminu - mimo wszystko było czysto, jakby ktoś niedawno sprzątał.
Pomieszczeniem pierwszym był hol, niewielki, lecz zgrabnie urządzony, z pewnością kobiecą ręką. Ściany miały przyklejone do siebie ładne tapety w delikatne zawijasy, jak za czasów renesansu czy innych historycznych chwil podniosłości. Dalej królowały schody, duże i wchodzące jakby w mur, następnie drzwi do salonu i kuchni po dwóch przeciwległych do siebie stronach, a wszystko to wyglądało magicznie, niczym wycięte z książki fantasy. Zaparło mi dech w piersiach, naprawdę. Pierwszy raz odkąd stałam się nastolatką.
Od razu uderzyłam w górę, chcąc jak najszybciej wybrać odpowiednią klitkę na pokój - swój azyl. I był. Znalazł się. Wcale niepodobny do poprzedniego, ale równie mały, nawet kolory stonowane odpowiednio. Dziewczyna w moim wieku, która dostała wymarzoną rzecz, z pewnością skakałaby z radości, ale ja tylko uśmiechnęłam się nikle, sunąc do łóżka w kącie. Usiadłam i wpatrzyłam w okno we wnęce z ławą. Westchnęłam głęboko. Bałam się już tylko szkoły.
Po niedługim czasie rodzice poszli spać, ja za to wpatrywałam się pusto w widok miasteczka, otoczonego lasem i polami, a gdzieś tam zabrzmiała muzyka. Z pewnością impreza. Zmęczona, mimo tego wyszłam na zewnątrz, otulając ramoneską obdartą już w łokciach. Ciemna alejka zdawała się opuszczoną, niezamieszkaną, przynajmniej dla mnie. Ruszyłam na zwiad, a mój wzrok wychwytywał każde tchnienie tego zdziczałego miasta, które teraz stało się moim domem, z pewnością na długo - w końcu nie zamierzałam jeszcze wychodzić za mąż czy innego typu barachło.
Wkrótce doszłam do rozwidlenia - z jednej strony cicha ulica, z pewnością główna, z drugiego końca docierała muzyka, o wiele za głośna na tak małe miejsce. Wybrałam opcję ostatnią. Z ciekawości. Skierowałam tudzież w tamtą stronę krok, nie bacząc na uderzający ból w skroniach i rozdzierającą bębenki nutę.
Kątem oka wychwyciłam ruch, nie gibki taniec, a ciężkie lądowanie chłopaka - zakapturzonego, zapewne wątłego. Odwróciłam głowę i mrugnęłam - nie było tam nikogo. Nagle mam przywidzenia? Zacisnęłam jak najmocniej szczęki i, pocierając kość nosową, poszłam dalej, by w pewnym momencie stanąć na drodze nabitym paniusiom. Szły objęte, w mini i bluzkach z dekoltem na pół piersi. Przewróciłam oczyma i ruszyłam dalej, wymijając obserwujące mnie z agresją dziewczyny - choć inaczej bym je nazwała.
-Heej, ty! Gdzie leziesz, szmato?- Zarechotała jedna z nich, blondynka o dużym/wypchanym biuście i krótkich nogach. Odwróciłam się spokojnie, mierząc tę trójkę spod zmrużonych powiek.
-Szmato?- Mruknęłam i skrzywiłam się. -Kto tu jest szmatą? Nikogo takiego nie widzę, oprócz was, oczywiście.- Wzruszyłam barkami, chowając zaciśnięte dłonie w kieszenie kurtki. Nigdy nie byłam opanowana, biłam się jak facet.
-Kurwa, Jake! Chodź dokopać dziwce!- Krzyczała wniebogłosy, a ja kręciłam się, kopiąc jakiś kamyk. W jednej chwili odeszłam, nie chcąc tracić czasu na pierdoły. Takie o to do poprawczaka wysyłać, albo w ogóle gdzieś daleko od społeczeństwa. Słyszałam jeszcze męski głos, kroki, ciężkie, bardzo ciężkie. I głośny huk z tyłu głowy.
***
I oto pierwszy rozdział. Ni to długie, ni krótkie, nic się ciekawego nie dzieje. Ale bynajmniej dodałam, wreszcie. Dla własnej zasranej przyjemności. No nic, miłego czekania na następne.