Wiesz... Ja naprawdę potrzebuję towarzystwa.
Pewnie musiałabym się obudzić. Pewnie ktoś się o mnie boi. Pewnie mama i tata siedzą nade mną. Niepewnie otworzyłam oczy i zamrugałam, jednak nie zauważyłam nikogo. Po prostu leżałam w swoim nowym pokoju, a to, co zdarzyło się wieczorem wydawało mi się zwykłym snem. Ale przecież czułam ten pulsujący ból z tyłu czaszki.
Skrzywiłam się, wstając powoli. Chwiejny krok skierowałam do drzwi, by wyjść i przedostać się do jedynej - wspólna łazienka, o zgrozo! - łazienki, która była w budynku i po prostu zatopić twarz w umywalce pełnej wody. To zawsze wyciszało wszystko wokół i dawało poczucie bezpieczeństwa. Słysząc jakże przeraźliwy krzyk mamy, wynurzyłam się z 'kąpieli'.
-Co?- Zapytałam niczym gbur, mrużąc oczy i wycierając podłogę z wody.
-Zgłupiałaś?! Mogłaś się utopić i co wtedy?!- Krzyczała nade mną, podczas gdy ja wytykałam jej język w duszy.
-Spokojnie, mamo, zawsze tak robię. Tak właściwie, masz coś na głowę?- Wyrzuciłam szybko, a mama chyba się zdziwiła moją gadatliwością, bo bez słowa pokręciła głową.
Zapadła cisza, tak ciężka i wrednie wdzierająca się do zakamarków umysłu. Nagle przypomniałam sobie o czymś.
-Mamo. Czy ktoś przyniósł mnie w nocy do domu?- Zapytałam w końcu, patrząc na odbicie w lustrze. Skłamałabym, mówiąc, że nie jestem ładna. Ale uroku odejmowała wredota, która czaiła się w czarnych oczach.
-Nie. Czemu pytasz? Wychodziłaś gdzieś w ogóle?
Tak myślałam.
-Tak, przeszłam się kawałek. Nawet nie pamiętam, kiedy wróciłam.- Mruknęłam, kończąc temat.
-A, Vidmo. Pójdziesz dzisiaj do sklepu, okej? Znaleźliśmy z tatą rower, więc możesz pojechać. Chyba jeszcze działa.
***
Nie było sensu się kłócić. W pół godziny byłam gotowa do wyjścia. Uzbrojona w telefon i słuchawki, listę zakupów oraz oczywiście stary rower górski, odetchnęłam. Za dnia wszystko wygląda inaczej, dlatego obawiam się, że nagle stracę czujność i po prostu będę się cieszyć. Nie chcę się cieszyć z pobytu tutaj. Nie chcę.
Westchnęłam, wsiadając na rower. Miałam podobny, tylko trochę nowszy, zwykle jeździłam wszędzie właśnie na tym dwuśladzie. Nie jestem maniaczką zdrowego trybu życia, no ale o środowisko dbać trzeba! Samochody to śmiecie, tyle!
Ruszyłam w dół ulicy, a muzyka z pewnością rozbrzmiewała również po cichej okolicy. Zamknęłam na moment oczy, by wczuć się w metalowe brzmienie. Przez te 30 sekund zdążyłam na kogoś wpaść, co przyjęłam z irytacją. Otworzyłam szybko oczy i spojrzałam na ofiarę moich niszczycielskich mocy.
Dziewczyna była super niska i super ładna, z dużymi piersiami, szczupłą sylwetką i twarzą w kształcie serca. Miała duże, błękitne oczy, które teraz obserwowały mnie z... Przepraszającym wyrazem?!
-Przepraszam. Nic ci się nie stało?- Zapytała.
Przez chwilę po prostu stałam, trzymając rower i patrząc na nią ze zdziwieniem. Jednak zaraz przybrałam zwykły, zimny wyraz twarzy.
-Jasne. Uważaj, gdzie leziesz.- Warknęłam głośno, mijając tamtą. Czułam jej wzrok na swoich plecach, gdy odjeżdżałam. I wtedy zauważyłam kątem oka ruch. Szare włosy. Czarne ciuchy. Wpatrzone we mnie lodowate spojrzenie brązowych oczu. Gdyby nie to, że myślałam, iż mam przywidzenia, pewnie bym się zatrzymała. Ale muszę być taką olewaczką.
***
Nienawidzę supermarketów. Nienawidzę tych rzędów półek z nigdy-nie-kończącą-się-żywnością. Nienawidzę koszyków na tą nigdy-nie-kończącą-się-żywność. Nienawidzę kas. Nienawidzę ekspedientek. I cholernie przystojnych facetów, którzy zawsze wyrastają ci przed nosem. I śmieją się z ciebie.
-Heeeej, rudzielcu, to ty wczoraj dostałaś w łeb?- Zaśmiał się właśnie taki przystojniak, podczas gdy ja po prostu wyczytywałam z listy, co mam kupić.
Zgrzytając zębami, wybrałam małe opakowanie chipsów, dla siebie, bo zawsze byłam łakomczuchem. Stanęłam w końcu na końcu sporej kolejki do kasy, przypatrując się - zupełnie nierozważnie - paczce prezerwatyw. Dopiero, gdy usłyszałam śmiech tuż obok siebie, odwróciłam wzrok i warknęłam do siebie, widząc tego samego faceta, który niedawno nabijał się ze mnie.
-Co cię tak śmieszy, śmieciu? Nigdy nie widziałeś gumek?- Zapytałam głośno z ironią, mrużąc oczy.
Tamten zamilkł, jakby rażony piorunem i spojrzał na moją skromną postać jak na widok śliniącej się brzyduli. Parsknęłam.
-No jasne. Przecież widać, że brak ci męskiej części ciała.- Wiem. Nagrabiłam sobie kłopotów. Ale jaka była jego mina! Chciało mi się śmiać, jednak jedynie zabrałam swoje zakupy, zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Przewiesiłam torbę na kierownicy roweru i wsiadłam na niego.
Już miałam ruszać, gdy drogę zablokował mi ten idiota.
-Suń się.- Mruknęłam, zachowując bezinteresowny wyraz twarzy.
-Nie. Najpierw przeproś.
-Za co?
-Nie udawaj głupiej. Przed chwilą ze mnie szydziłaś.
-Przed chwilą ze mnie się śmiałeś.- Sparodiowałam, energicznie ruszając naprzód i przy okazji uderzając go w goleń cholernie twardym kołem. Tamten podskoczył i chyba się wkurzył, bo rzucił się na mnie.
-Ty kurwo.- Zasyczał, przewalając mnie na podłogę. Co z tego, że ludzie chodzili w te i we wte, nikt nie spostrzegł, że maltretują biedną dziewczynę! Cholerni ludzie. Ich też nienawidzę!
Już miał mnie udusić, gdy jakaś dziwna siła podniosła go ze mnie i postawiła na nogi. Ze zdziwieniem zauważyłam szare włosy i... To wszystko. Dalej zastałam już tylko ciemność.
***
Fuck yeah. Po dłuuuuuuuuugim czasie dodałam drugi rozdział. Geez, jakie to krótkie ;C I wgl. nie podoba mi się, ale jest, nee? Dobra, ludzie, jeśli ktokolwiek to czyta, niech komentuje. Nawet, jeśli to będzie tylko krytyka. No. Cieszcie się, ludzie! Sayoo~